Kilka miesięcy temu pisałem na VPornBlog o wiekach drapieżnych najazdów Wikingów. Twierdzę, że Wikingowie tak bardzo naznaczyli europejską wyobraźnię seksualną, że ślady po nich wciąż można dostrzec we współczesnej pornografii. Dziś chcę zasugerować, że na południu i wschodzie, podobne wieki traumatycznych konfliktów z Turkami osmańskimi i mauretańskimi piratami, najeźdźcami i łowcami niewolników stworzyły XIX-wieczny gatunek pornografii, który dziś nazywamy sztuką orientalistyczną.
W XIX wieku, kiedy parowce sprawiły, że podróże stały się modne i tanie dla pracujących artystów, zaczęli oni masowo odwiedzać Afrykę Północną i Bliski Wschód. Odwiedzali miasta „Orientu”, starożytne ruiny i stare, ale wciąż żywe budynki. Kontemplowali z bliska utracone dziedzictwo wschodniej części dawnego, upadłego Cesarstwa Rzymskiego. Bolesny podbój przez Turków Osmańskich. Nieprzemijającą potęgę kulturową Konstantynopola. Całkowitą nieeuropejską naturę tego wszystkiego!
Na szczęście dla nas, uznali to wszystko za niesamowicie seksowne. Zaczęli więc produkować bezkresne hektary kwadratowych makabrycznych płócien. Nadzy ludzie w łaźniach publicznych. Sceny haremowe, niewolnice na publicznych aukcjach. Zaklinacze węży, tancerki brzucha, wszelkie możliwe rodzaje nagiej egzotyki, jakie tylko można sobie wyobrazić. Jeśli coś miało skórę i biżuterię, to to malowali! Bez dodatkowych opłat za podteksty podboju, poddania się, dominacji, uległości, władzy czy bezradności.
Dzisiaj nazywamy ten rozkwit sprośności „orientalistycznymi” obrazami, ale w tamtych czasach trafiły one na rynek jako nic więcej i nic mniej niż łatwa do sprzedania pornografia. Te jaskrawe obrazy naciskały wszystkie właściwe kulturowe guziki dla europejskiej publiczności. W epoce, gdy silnie zmysłowa sztuka w europejskich warunkach była często tematem tabu, sztuka orientalistyczna dostała wolną przepustkę. Dlaczego? Może z powodu egzotyki, może z powodu uprzedzeń kulturowych. Albo może z mieszanki obu.
Pozwól mi wyjaśnić, o co mi chodzi. W USA National Geographic sprzedawało pruderyjnym amerykańskim publiczności czasopisma z afrykańskimi kobietami topless w spódnicach z trawy, ponieważ (a) Afrykańskie kobiety pochodziły z egzotycznej kultury, w której topless był „normalny” oraz (b) publikacja zdjęć towarzyszyła mocny rasistowski podtekst, że afrykańskie kobiety i tak nie były tak naprawdę ludźmi. Podobnie orientalne obrazy w Europie przedstawiają zmysłowość w wyimaginowanym lub fantazyjnym kontekście kulturowym, w którym naga skóra jest normalna. Lub, jeśli nie normalne, to przynajmniej uzasadnione jakimś ponurym kontekstem przygód, takim jak harem lub targ niewolników. I tak czy inaczej, zmysłowość tabu wiąże się z kompleksem kulturowo-wyższości, który zapewnia widzów, że kultury „orientalne” są i tak nieco gorsze. A więc nagość i zmysłowość się nie „liczyły” - te obrazy można było kupić bez cenzury.

To też zadziałało. Orientalistyczne obrazy z mnóstwem scen nagości sprzedawały się jak świeże bułeczki w całej Europie, a do portfeli artystów napływały niekończące się strumienie złotych monet.

Obecnie akademicy i intelektualiści szydzą z tego. To imperialistyczne hegemoniczne kolonialistyczne patriarchalne śmieci. Wystarczy zapytać kogokolwiek, kto wie, jak rzucać tego rodzaju żargonem, a chętnie ci odpowie! To na pewno nie jest sztuka, o zgrozo, nie.
Z drugiej strony, jeśli znajdziesz muzeum, które nadal wystawia te eksponaty, obserwuj ruch pieszych. Podłoga jest dosłownie bardziej zużyta w miejscach wystawowych, gdzie te rzeczy są wieszane. Ludzie to lubią. Półtora roku później, nadal jest to rozwiązłe, sprośne i zabawne. Dość łagodne według współczesnych standardów pornograficznych, ale wcale nie takie złe, gdy ocenia się je według standardów swoich czasów.